
Mój ostatni post był taki trochę przygnębiający. Chciałabym
więc dziś nieco optymistyczniej. O tych lepszych stronach Belgii. Temat mego
posta zdradza tytuł, ale po kolei.
Wczoraj poszłam do pobliskiego fitness klubu zapisać się
na jakieś fikołki i na zumbę. I nie dlatego, że należałoby na wiosnę zadbać o figurę.
To sprawa drugorzędna. W moim wieku, jakoś tak siebie mocno polubiłam, że nawet
drobne niedoskonałości ciała mogę zaakceptować i przekuć je w zalety. Nobody
perfect!
Ważniejszym powodem jest zdrowie i związane z nim
samopoczucie, a poza tym nie mam ochoty wymieniać całej mojej garderoby o numer
więcej. A te wszystkie sukienki poutykane w czeluściach szafy i nigdy jeszcze
nie noszone! Nie, to byłoby zbyt dramatyczne przeżycie!
Zachodzę więc do mego kameralnego klubiku, którego właścicielem
jest Włoch, a trenerami: Macedończyk, Arab, Belg, Gwadelupianin (?) z dredamina
głowie, oraz kilku innych. Każdy innej narodowości. Obok mnie ćwiczy
sympatyczna Litwinka, a z drugiej mojej strony Niemka. Wieża Babel!
Każdy mówi innym fancuskim lub innym angielskim, ale
wszyscy jakoś się dogadują. Wszyscy podpatrują się życzliwie i uczą się
akceptować innych. To bardzo otwiera na ludzi, burzy granice. Bo niby każdy z
nas inny, ale wszyscy mamy jednakowe potrzeby: akceptacji, miłości, zrozumienia…
Pisałam kiedyś szerzej o tym tutaj: Tower of Babel

W związku z tym, że Belgia jest prawdziwym wielkim
tyglem różnych narodowości, nikogo nie dziwi na ulicy nieznana mowa czy inny
kolor skóry. Belgowie opracowali genialny system szkolnictwa, z myślą o takich
właśnie obcych-przyjezdnych nie znająych języka francuskiego.
Gdy przyjechałam do Belgii, nasz syn miał 10 lat I nie
znał ani jednego słowa w rodzimym języku. Poszedł do jednej z niezłych szkół, w
dzielnicy gdzie zamieszkaliśmy. W jego klasie było może 14 osób, co pozwalało nauczycielce
skupiać się na indywidualnej pracy z każdym dzieciakiem. W 14-osobowej klasie
było… 13 różnych narodowości. Równocześnie z normalnym programem, dzieci
realizowały intensywny kurs języka francuskiego. I nie jest to jakiś pojedyńczy
przypadek – taka szkoła. To raczej norma w Belgii. Dzieci kończą szkoły nie w takim stresie jak u nas,
dostają się na dobre studia, a jak trzeba to zostają na drugi rok, co
bynajmniej nie jest dopustem bożym i wstydem. Dyrekcja decyduje się nieraz na
ten krok, nawet w wypadku bardzo zdolnych dzieci, gdy uważa, że nie są
dostatecznie dojrzałe, czy autonomiczne by stawić czoło trudniejszym zadaniom w
wyższej klasie. Bo na autonomię, samodzielność, kreatywność kładzie się ogromną
wagę! Stąd kontrakty, umowy, które spisują uczniowie z nauczycielami i dyrekcją
odnośnie różnych problemów czy to organizacyjnych, czy wychowawczych i zobowiązują
się je wypełnić.
Najlepszym kolegą mego syna jest… Mongoł!
Stąd znajomość mongolskiej kultury, zwyczajów, a nawet historii. No i głupio zakrzyknąć
na kolegę gdy nas zdenerwuje: “ Ty Mongole!”
Kiedyś uczył
się z nim chłopak, który był wnuczkiem afrykańskiego króla, a koledzy Turcy dowiedzieli
się właśnie od mego syna o zaborach Polski i o tym, że to właśnie Turcja nigdy
owych zaborów nie zaakceptowała i zawsze wywoływała polskich posłów, mimo, że
nasz kraj nie istniał na mapie. Moją kierowniczką w pracy była córka
senegalskiego szamana i króla wioski… Czyż można znaleźć barwniejsze otoczenie i
większą różnorodność w kraju o powierzchni mniejszej od jednego naszego województwa?
Wielokulturowość może być darem, pod warunkiem, że mądrze się z niej korzysta.
I to własnie mi się w Belgii podoba - ta wielokulturowość i otwartość na poznanie innej osoby.
OdpowiedzUsuńW Polsce ludzie są zamknięci w sobie, boją się odmienności. Głównie dlatego, że jej nie rozumieją i nie znają. Oby wkrótce się to zmieniło :)
(a jak nie, to znów zobaczę, w czasie odwiedzin rodziców, jak moi rodacy robią zdjęcia Murzynce siedzącej w kawiarni w centrum handlowym).
a moją koleżankę murzynkę to dzieci paluszkami dotykały... :) dobrze, że ta ma wielkie poczucie humoru :)
OdpowiedzUsuńHmm, w tej wielokulturowosci ktos zawsze traci i ktos zyskuje... Mozna utracui bardzo duzo i to bezpowrotnie...
OdpowiedzUsuńSerdecznosci
Judith
wszędzie potrzebna równowaga i zdrowy rozsądek :)
OdpowiedzUsuńnie wiem, czy to wstyd się przyznać, ale nie wiedziałam, że Belgia jest tak wielokulturowym krajem.
OdpowiedzUsuńżaden wstyd, własciwie wielu ludzimało Belgię zna, to taki mały niepozorny kraj obok wiekszych sąsiadów. Sama niewiele bym o niej wiedziała, gdybym tu nie mieszkała. To powiem ci jeszcze ciekawostkę, że ten niewielki kraj posiada....uwaga! sześć rządów! :) kiedyś mogę o tym zrobić notkę :)
UsuńWielokulturowość samoistna, kiedy imigranci dostosowują się do panujących w danym kraju przepisów, norm i zwyczajów jest czasem budująca, co widać na przykładzie Ameryki. Niestety, Europa zachodnia musiała wrobić się w multi - kulti, które nie jest normalnym zjawiskiem, bo pozwala przybyszom nie przestrzegać zwyczajów, a tubylcom wiąże ręce w imię politycznej poprawności, co zresztą opisywałaś w ostatniej notce. :-)
OdpowiedzUsuńFioletku; podam Ci 3 przykłady tego uroczego tygla;w których miałem sam problemy z określeniem swojej "kulturowości"
OdpowiedzUsuń1.jeżdżę niemieckim samochodem;należącym do amerykańskiego koncernu wyprodukowanym w Belgii-jaki jest kraj pochodzenia mojego wozu?
2. w swoim czasie grałem w sieciówkę koreańską na amerykańskich serwerach; najczęściej z Niemcami używając portugalskiego nicku-w co grałem i kim byłem?
3,mieszkam w Polsce;moim ulubionym fasonem ubioru są spodnie rodem z Indii;obuwie z Japonii i koszulka popularna w Usa-jakim krajem jest inspirowany mój ubiór?
Wielokulturowość jest fajna; o ile idzie w parze z tolerancją....
Nowy projekt, świetny pomysł :) zawsze uwielbiam czytać Twoje posty, ale to, to strzał w dziesiątkę !:))
OdpowiedzUsuńO, dzięki! :)
Usuńoo bardzo ciekłe to jest :)
OdpowiedzUsuń