
Moja najlepsza koleżanka N. jest głęboko niewierząca i
antyklerykalna. Jej żarliwa niechęć do
wszystkiego co długie, czarne z guzikami ma w dużej mierze podłoże w
traumatycznych przeżyciach jej ojca w dzieciństwie. Ja z kolei jestem wierząca. I niepoprawna
politycznie, przyznając się do takiego “archaizmu” w antychrześcijańskiej
Belgii. Dziwne to czasy, gdy wiara i światopogląd stały się sprawą głęboko
intymną, a to jak i z kim sypiamy stało się tematem publicznej debaty i
głosowania. A ja głupia myślałam, źe jest odwrotnie. Że seksualność jest sprawą
bardzo osobistą, a to gdzie, komu i co kto wsadza, mówiąc trywialnie, nie
powinno wychodzić za próg alkowy. Widać moja toffinkowa blond głowa jest za
ciasna by to zrozumieć.
“Swat” jak
mówią Flamacy. Nieważne, o czym to ja mówiłam…
Aha, no więc różnimy się z N. jak ogień i woda. Ja,
nawet gdybym mieszkała na pustyni, Marsie, czy pod kołem biegunowym, i nie
słyszała o Chrześcijaństwie, ani żadnej innej religii - podświadomie
przeczuwałabym obecność Boga i ciągle byłbym głęboko wierząca. To sprawa
bardziej osobistego spotkania, niż poznania rozumem. A ten typ, czyli ja - tak
ma.
Normalnie takich jak ja N. uważa za naiwnych. Ale nie mnie, bo się ze mną
przyjaźni.

W pracy mamy też C. Gdybym najprościej miała opisać
tę osobę, ujełabym to następująco: marne życie, marna moralność, marna ocena
świata. To taki ktoś co rękę karmiącą odgryzie. Nie dostrzega w nikim dobra, mnie też za plecami obgaduje. Jej życie to
ciągła bitwa, środowisko wojny, tylko tak potrafi funkcjonować, przez
eleminację innych. W tym kąsaniu dostrzegam bezradność. Nasz Kajtek też się
odgryzał zanim poczuł się kochany. Obcych nadal gryzie pierwszy. Uprzedza atak.
C. czasami przychodzi głodna, niewyspana, albo ze
śliwą pod okiem i pyta czy nie mam nic do jedzenia.
N. w swoim wrodzonym poczuciu sprawiedliwości nie może tego znieść. “Ona ci nawet dzień dobry nie mówi z rana, jak ma muchy w
nosie” - jątrzy -“demoralizujesz ją!”.
N. nie może pogodzić się z tym, że ktoś obok
przechodzi i nie mówi dzień dobry, a później prosi o suchą bułkę choćby. I tu
dochodzę do tego, dlaczego zaczęłam od wiary mój post.
Bo mówi się, że wiara ogranicza, nakłada na
człowieka pęta. A ja czuję, że w wielu sytuacjach, również jak ta jestem
cudownie wolna, a N. w swojej niewierze ograniczona barierą racjonalizmu. Moja
wiara nie karze oczekiwać mi wzajemności. W imię mojej wiary nie obchodzi mnie
czyjeś “dzień dobry” czy akt docenienia mojego życzliwego gestu. Nie postrzegam
tego świata jako portu docelowego, ale fragment podróży. I nie oczekuję sprawiedliwości za bardzo tu i
teraz. N. liczy się wyłącznie tu i teraz. I to co poczuje dotykiem i zobaczy na
własne oczy, pojmie rozumem. Dlatego też jej piękna blond głowa nie jest nigdy
wolna od analizy. Pracuje na najwyższych obrotach starając się wszystko
zrozumieć i uzasadnić. Można temu życie poświęcić. I nie dojdzie się prawdy.
-
Ona jest zła! - mówi N.
- A pamiętasz Smeagola z “ Władcy Pierścieni”? –
pytam -Też był zły, a budził litość. Wszyscy w mniejszym lub większym stopniu
nim jesteśmy. Słuchaj - próbuję jej tłumaczyć -“ To tylko mała biedna istota,
która w danym momencie życia znalazła się na mojej ścieżce, przeminie jak ja i
ty, jak wszystko. To jak się zachowuje nie ma najmniejszego wpływu na moje
samopoczucie, myśli, uczucia względem niej. Ale to jak ja się wobec niej
zachowam, może mieć wpływ na jej życie. Może po to spotyka na swej drodze
różnych ludzi by zobaczyć w ich oczach coś więcej niż skrzywiony obraz świata,
który w sercu nosi. Moja wiara pozwala mi być pewnym, że jednak została
stworzona na czyjś obraz i podobieństwo i pierwowzorem nie był Smeagol. Nim
stała się później.
N. wzdycha i mówi: “ Jesteś niereformowalna, ale
zazdroszczę ci takiej postawy. Ja nie potrafię się zdystansować. Chapeau
bas”
Wczoraj wieczorem zaglądam na jeden z blogów. Jest
prawie przed północą. Jakiś chłopak, a raczej mężczyzna grzebie w swojej duszy,
boksuje się z własnymi demonami, próbuje dojść ładu. “ I to pisze człowiek,
który nie wierzy w Boga – czyli ja” – kończy swój wpis. A tyle jest w tej walce
poetyki, głębi; a w niewierze - wiary, że aż się do siebie uśmiecham.
“ Jestem o ciebie spokojna. Nie martwię się, na
szczęście Bóg w ciebie wierzy J” - piszę
Dziękuje kaps lookiem i uśmiechając się życzy mi
dobrej nocy…
Tak mnie jakoś dziś na teologiczne refleksje wzięło,
może z powodu Wielkiego Czwartku… ale mogę pisać co chcę, u siebie jestem,
prawda?
Pozdrawiam toffinkowo.