
www.blog.lyonbombing.com
Miałam pisać regularnie. Więc to robię. To co, że nie za bardzo mam o czym. Spiewać każdy może, pisać bloga też - nawet gdy nie ma się nic mądrego do powiedzenia! Ale się porobiło. No więc piszę zanim pójdę spać. Ostatnio czytałam artykuł o polskich wulgaryzmach.
Przytoczę opowieść prof. Jana Miodka, który opowiadał, jak będąc z żoną w Paryżu rozmawiał z nią po polsku. Nagle przechodzący Murzyn słysząc polską mowę rozpromienił się i zawołał coś w tym rodzaju: " Pologne, Pologne, k...., k...."
Dziś w pracy, mówi do mnie koleżanka:" Wczoraj w nocy jacyś Polacy kłócili się na ulicy tuż przed moimi drzwiami." " Skąd wiesz, że to byli Polacy?" - pytam. Na to ona: " Bo co słowo, to k.... mówili."
To samo kiedyś było z naszym sąsiadem. Nasi rodacy robiąc u nas remont tak rzucali mięsem, że sąsiedzi nie znając jeszcze naszej narodowości, bezbłędnie zlokalizowali nasze pochodzenie.
Czyżby naszym znakiem rozpoznawczym w świecie było to magiczne słowo na k....? Makabra! znalazłyby się lepsze powody do dumy i znaki rozpoznawcze.
Wczoraj byliśmy na wycieczce na południu Belgii. W średniowiecznym zamku ściany poskrobane były graffiti. Patrzę i nie wierzę własnym oczom:
K.....! Nasi już tu byli.